|
piątek, 06 stycznia 2012
dzieci gadają
rzucam Bamberce kawałek surowego mięsa, bo uwielbia Micho: mamo, nie dawaj jej surowego mięsa! ja: dlaczego? Micho: bo można się zarazić groźną chorobą! ja: tak? jaką? Micho: no w mięśniach robaki można mieć... to jest ta... no... włoszczyzna! ... Micho: mamo, co jesz? dziwnie pachnie ja: kindziuk Micho: mogę spróbować? ja: (przeżuwając) z pieprzem Michalina: dlaczego każesz Michałowi spieprzać? Micho: no właśnie? ja tylko chciałem spróbować
piątek, 09 grudnia 2011
pedagogiczno-psychologicznie cd
aby zakończyć temat testów w poniżej nocie rzeczonej poradni, Micho pojechał raz jeszcze. wyszedł i szybko szybko do szkoły. na pytanie: co tam było? odpowiedział: a nic, jakieś rysunki tylko wracając z pracy zawsze dzwonię do domu i gadam z Michałem. w tymże dniu zrobiłam to samo ja: Micho, a co na tych testach było? Micho: (ożywia się) mamo wiesz, musiałem narysować swoją rodzinę ja: i kogo narysowałeś? Micho: ciebie, Michalinę i siebie ja: to super. coś jeszcze? Micho: no, musiałem narysowac naszą rodzinę jako zwierzęta. narysowałem nas wszystkich jako koty ja: to dobrze Micho: (podniecony) mamo! ale najlepsze było drzewo! na drzewie, pod drzewem, dookoła drzewa i wszędzie no wiesz, były takie postacie narysowane. jakby gąbkowe wiesz? ja: no wiem Micho: jedne były uśmiechnięte, inne smutne, inne płakały. i miałem zaznaczyć moją rodzinę ja: i co zaznaczyłeś? Micho: ty byłaś nad drzewem, usmiechnięta. Michalina była na drzewie i wychylała się tak mocno, ratowała tatę który spadał z drzewa ja: (???) Micho: no wiesz, była postać która spadała. zaznaczyłem, że to tata ja: (no super myślę sobie) a ty? jaką postać zaznaczyłeś, która symbolizowała ciebie? Micho: pod drzewem, w kąciku była postać która bardzo płakała. taka malutka. zaznaczyłem, że to ja ja: (no zajebiście!) Micho, a czemu tak zaznaczyłeś?? Micho: (zadowolony) bo ta postać mi się najbardziej podobała. była najładniej narysowana. miała takie fajne łzy! jak mnie zamkną to podam adres pierdla
sobota, 03 grudnia 2011
pedagogiczno-psychologicznie
taaa w związku z Micha wyczynami w szkole we wrześniu - odurniające hormony zaczęły pracować - szkolna pani psycholog zaproponowała wizytę w rejonowej poradni psychologiczno-pedagogicznej. wyczyny? pani z muzyki kazała ozdobić rysunkiem pierwszą stronę zeszytu. Micho napisał kredkami 'muzyka', pani uznała że trzeba jeszcze zrobić 'ozdoby'. Micho uznał, że nie trzeba. pani narysowała mu różowym długopisem kwiatki. Micho widząc różowe kwiatki w swoim zeszycie - wyrwał kartkę. wylądował na dywaniku pani psycholog. plus parę innych podobnych numerów. poszliśmy więc do poradni. Micho był negatywnie nastawiony, wiedział że wizyta ma związek z jego zachowaniem w szkole. na miejscu odmówił współpracy z panią psycholog, zrobił małą szopkę. pani psycholog umówiła kolejny termin. przeprowadziłam umoralniającą gadkę z Michem, następnym razem poszedł i grzecznie wypełnił wszystkie polecenia. potem ja miałam termin, na 'wywiad'. tymczasem zachowanie Micha w szkole, po wrześniowych jazdach, wróciło do normy pani psycholog: kiedy ostatni raz rozmawiała pani z wychowawczynią? ja: dzisiaj pani psycholog: być może inni nauczyciele nie przekazują informacji? ja: dziś rozmawiałam również z panią od polskiego, przyrody, angielskiego i plastyki pani psycholog: i...? ja: to samo. na lekcjach jest ok. oceny ok. zapomina czasem odrobić zadanie, bo nie zapisze. no i bardzo brzydko pisze pani psycholog: no właśnie! stąd na pewno problemy z ortografią, pamięcią wzrokową ja: (przerywam) z ortografii jest najlepszy w klasie pani psycholog: (niedobrze, miała już ułożoną teorię a ja bezczelnie burzę klocki) tak... a matematyka...? problemy z liczeniem? ja: jeśli ma to wyłącznie dlatego, że wszystko szybko. i robi durne błędy pani psycholog: (nie daje za wygraną) mimo wszystko chcemy Michałowi pomóc... jeśli okaże się, że testy pedagogiczne wyjdą niepokojąco... ja: moment. rozumiem, że w kwestii pedagogicznej martwić się mam zacząć dopiero w momencie kiedy moje dziecko zacznie mieć realne problemy z nauką w szkole? pani psycholog: tak tak, oczywiście. bo wie pani. trzeba zrobić wszystko, aby nic nie przeoczyć... ja: doskonale wiem. rozumiem, że po to tutaj przychodzimy aby nic nie przeoczyć...? pani psycholog: no wie pani... to jest placówka publiczna... my tutaj stawiamy WSTĘPNĄ diagnozę. rodzicom jednak zawsze zależy na jej potwierdzeniu... ja: ??? pani psycholog: (wyciąga komórę) podam pani numer do doktor iksińskiej. niesamowita terapeutka! warto skorzystać z jej wiedzy i doświadczenia. nawet prewencyjnie. na pewno nic nie przeoczy. podkreślam, to jest profesjonalistka. koszt wizyty też jest do przyjęcia (kuka na mnie. czy moje ciuchy z lumpeksu naprawdę aż tak dobrze się prezentują??) 170 zł za godzinną konsultację... ja: (gapię się na babę i zastanawiam po jaką cholerę w ogóle tam szłam) pani psycholog: dobro dziecka jest najważniejsze, prawda?
sobota, 26 listopada 2011
będąc młodym chirurgiem
pociąg relacji Warszawa-Poznań. siedzę w warsie, jak zawsze i pogryzam paluszki z sezamem. skubię je sobie całą drogę i czytam. dziś obok mnie 3 wolne miejsca facet ok 50: przepraszam, czy możemy się dosiąść? ja: proszę siada obok mnie, a naprzeciwko zasiadają: babka, też ok 50 i chłopak ok 30. zerkam ukradkiem na każdego z osobna, ale nie zauważam oznak które by mnie zainteresowały. wracam więc do lektury. mija z 20 minut. moi współsiedzący nagle zaczynają wyciągać jakieś zdjęcia. przestaję czytać i próbuję zorientować się co i jak. pan ok 50 pokazuje zdjęcia wnuków bliźniaków. pani ok 50 wyjmuje zdjęcie wnuczki. chłopak ok 30 wyciąga dwa zdjęcia. na jednym jest niemowlę a na drugim może dwulatek. pierdu pierdu o dzieciaczkach rozmawiają. już mam wrócić do czytania, ale pani ok 50 pyta chłopaka ok 30 pani ok 50: a ty dużo czasu spędzasz z dziećmi? przecież taki zajęty jesteś... chłopak ok 30: staram się czytać im zawsze po kilka minut. mam nadzieję, że niedługo same już będą czytały. ja czytałem sobie sam od trzeciego roku życia uuuuuuu myślę sobie pani ok 50: no, jeśli będą tak zdolne jak ty to na pewno szybko zaczną czytać ja czytać przestaję i słucham. dowiaduję się, że chłopak jest chirurgiem, właśnie zdał jakiś tam ważny egzamin. musiał uczyć się dziennie na pamięć 300 stron. mówi, że teraz jest w szczytowej formie umysłowej. facet ok 50 jest również chirurgiem. babeczka była kiedyś jego instrumentariuszką. znowu schodzi na tematy rodzinne chłopak: nie, ja z moją żoną to się ostatnio w ogóle nie dogaduję pan i pani dopytują dlaczego chłopak: ona to ma dopiero życie! po domu pochodzi, dzieci nakarmi, nic robić nie musi (ja uszom nie wierzę. chłopak jest święcie wierzy w to, co mówi) chłopak: (ciągnie) pracować nie musi. ma mnie (w duchu wybucham gromkim śmiechem. śmieję się oczywiście z głupoty mądrego młodego chirurga) chłopak: naprawdę mi jej szkoda. nie wie co ma. nie docenia (kurwa jasna, myślę sobie) chłopak: mówię jej, że inne kobiety muszą do pracy chodzić. a ona ma luksus. nie musi. ale ona swoje. nic nie rozumie po prostu pan i pani kiwaja ze zrozumieniem głowami. no nie mogę! chłopak: (tonem stuletniego mędrca) ale wiem, że zrozumie to po latach. zrozumie, że stworzyłem jej idealne warunki do życia a ona nie potrafiła ich docenić! ja: (no nie wytrzymałam! cały czas patrze w książkę i mówię głośno) ta jasne, zrozumie. w chwili gdy za 10 lat wymienisz kurę domową na lepszy model czuję, że cała trójka spogląda na mnie nagle w największym zdumieniu ja: coś sie stało? (pytam tak, jakbym w ogóle nic wcześniej nie powiedziała) chodzi o książkę? camilla lackberg. dobra. ale czytałam już lepsze
piątek, 11 listopada 2011
HaeRówy
czyli panie HR bo to chyba zawód okupowany głównie przez kobiety. my kobiety jesteśmy wszak inteligentne i szybkie w ciętych ripostach. a taka HaeRówa jedna z drugą to muszą czasem wysilić zwoje mózgowe (jeśli pracownik również w ciemię bity nie jest), no a czasem to nawet mózgu włączać nie muszą, a biedny pracownik i tak wychodzi z mitinga poskładany kumpela1 po rozmowie z HaeRówą ja: i jak? kumpela: z ulicy firma mnie wzięła ja: ?? kumpela: no, na pysk dostałam tekst: 'z ulicy panią firma wzięła, a pani jeszcze ma takie wymagania?? powinna pani być dumna z możliwości pracy w TEJ firmie!' kumpela2 po rozmowie z Haerówą kumpela2: i ja jej mówię, że skoro zmieniam stanowisko to będę miała więcej obowiązków czyli rozumiem że kasy też więcej. i dorzuciłam pare stów do mojej obecnej, marnej pensji, a ona: pani Ewo, pani wymagania finansowe znacznie przekraczają możliwości firmy. informuję panią, że zależy nam na pracowniku lokalnym. dumnym, że może pracować w tej firmie. ja: nie powiedziała, że wynagrodzeniem za prace ma być po prostu twoje uczucie dumy? kumpela2: prawie. dodała, jeszcze: 'my tutaj śmietanki pracowników nie chcemy' ja: czyli śmietanką nie jesteś... kumpela2: na 100 procent nie. poczułam się jak... maślanka i jeszcze z zasad do przestrzegania. również po pracy... ![]()
sobota, 05 listopada 2011
jak się robi dzieci?
temat wraca jak bumerang. wczoraj Micho z kolegą (obaj po 11 lat) oglądali jakiś film w necie. nie miał nic wspólnego z robieniem dzieci, ale jakoś im zeszło na te tematy. Micho przybiega do mnie Micho: (z wypiekami) mamo! a Tomek wie jak się robi dzieci! miał to w szkole! (Tomek mieszka obok, jest raczej spokojny, grzeczny i cichy) ja: tak? a jak się robi? Michał: mamo, powiem teraz to, co powiedział Tomek, dobra? (Micho wie, że nie może używać brzydkich słów nawet cytując kolegów) ja: dobra Micho: (podekscytowany) trzeba włożyć kutasa w cipę... ja: chodź, zapytamy Tomka (został w pokoju obok przy komputerze) czy pani w szkole tak powiedziała idziemy ja: Tomku, a pani wam tak w szkole powiedziała? Tomek: tak ja: i użyła tych słów? Tomek: no... nie ja: a jakich użyła? Tomek: no nie pamiętam... ale o to chodziło! Micho: Tomek, ale w szkole o tym mieliście? Tomek: tak, w IV klasie. na lekcji Micho: (po chwili) mamo... wiesz co się mogło stać?? ja: co? Micho: (podłamany) mamo, ja mogłem opuścić tą lekcję! bo to było w IV klasie! mamo, i co teraz? co będzie jak będę chciał mieć dzieci?! jak ja to zrobię?? Micho: (z niedowierzaniem)
środa, 19 października 2011
plenić se
Michalina: mamo, czy ja plenię się? ja: plenisz się? nie rozumiem... Michalina: no czy plęnię se? ja: Michalinka, o co chodzi? Michalina: (zniecierpliwiona max) mamo, czy ja mówię niewyraźnie? ja: (głupieję) nie. mówisz bardzo wyraźnie Michalina: (wnioskuje) dobrze. czyli nie plenię se
wtorek, 11 października 2011
wakat
szukam profesjonalnego odpowiadacza/odpowiadaczki. przykładowe pytania poniżej. pytanie uznaje się za wyczerpująco odpowiedziane w momencie kiedy kompletnie znikają wszelkie pytania dodatkowe, z pierwszym pytaniem związane. list pytań z dzisiaj Michalina: mamo, a pasowanie w szkole robi się pasem? ja nie chcę, bo to będzie boleć tak? Micho: mamo, a seks uprawia się na golasa? co się w ogóle robi? tak jęczy? i to jest fajne? Michalina: mamo, a możesz obiecać że już nigdy nikogo nie urodzisz? Micho: mamo, a normalne kobiety to mają mężów. poszukasz sobie? Michalina: mamo, a jak się pocałowałam z Dominikiem to znaczy że się zakochaliśmy? Micho: mamo, a jak sie ma mierny to sie zda do następnej klasy to dlaczego ja muszę mieć minimum czwórki? Michalina: mamo, zamiast jeździc do pracy, możemy razem chodzić tylko do bankomatu w sobote? tam są pieniądze, a z pracy nigdy pieniędzy nie przywozisz Micho: mamo, a ty na pewno mnie urodziłaś? skąd mam to wiedzieć na 100 procent?
poniedziałek, 05 września 2011
mamo chcę pieska!
czyli o tym jak sprytnie zadziałać, żeby pieska dzieciom się odechciało... a wzięło moje dzieciaki ostro. codziennie dwie babeczki przechodzą obok nas ze swoimi pieskami, dwójka dzieci na osiedlu też ma pieski i wieczorami czasem z nimi chodzą. moje dzieci przybiegły pewnego dnia i oznajmiły dzieci: mamo! chcemy pieska! taaa jasne, pomyślałam, ale odpowiedzi w stylu 'żadnego pieska' czy 'wybijcie sobie z głowy, mam i tak za dużo obowiązków' - nie wchodziły w grę. temat należało rozegrać strategicznie, czyli tak żeby przez długi czas mieć spokój ja: dobrze. dostaniecie pieska dzieci: (karp) ja: w niedziele pojedziemy do schroniska obejrzeć pieski. jest jeden warunek - piesek musi być mały dzieci: (bez reakcji, taki warunek są oczywiście w stanie zaakceptować, byle mieć pieska) niedziela. w aucie. jedziemy do schroniska ja: oczywiście wiecie, że z pieskiem trzeba wychodzić na spacery dzieci: super! właśnie chcemy wychodzić! ja: codzienne do szkoły wstajecie 6.30. jak będzie piesek jedno z was musi wstać 6.15 i wyjść z pieskiem Micho: (po chwili) ale Michalina jest chyba za mała, żeby iść sama? to ja będę musiał wychodzić o 6.15 sam? ja: przez rok, dwa, tak. potem Michalina będzie mogła chodzić sama. będziecie chodzić na zmianę Micho: nie! Michalina też musi wstawać i iść ze mną! ja: (sprawy idą we właściwym kierunku - myślę sobie) Michalina: Michał, to jest dla mnie za wcześnie! ja: (zjeżdżam na pobocze) słuchajcie, jeszcze pieska nie ma a wy JUŻ się kłócicie?? Michał: (markotnie) dobra... to przez dwa lata będę chodził sam... a potem na zmianę z Michaliną ja: to dogadane rozumiem? (i ruszam dalej. z tyłu w aucie cisza) w schoronisku jak zwykle przygnębiająco. dzieci spodziewały się zupełnie czegoś innego. biedne psy hałasują, biegają w małych klatkach, różami nie pachnie... po 15 minutach oglądania psów dzieci mają dosyć. słońce pali, psy szczekają, mamo wracamy do domu jedziemy z powrotem. dzieci jakieś przygaszone ja: dobrze. to od jutra zaczynamy ćwiczenia pod tytułem 'spacer z pieskiem' dzieci: ??? ja: budzę Michała 6.15. Michał się ubiera i idzie ścieżką na pole, robi kółko i wraca Michał: ja??? ja: no przecież przez dwa lata ty będziesz chodził Michał: (już zupełnie podłamany) no dobra... ja: ćwiczymy dwa tygodnie. potem kolejne dwa tygodnie w zimie Michał: w zimie?? ja: no, w zimie też trzeba wychodzić z psem. jeśli teraz dwa tygodnie będziesz wstawał bez szemrania i podobnie w zimie to jedziemy do schroniska i już wybierzecie sobie pieska dzieci: (nic) przyjeżdżamy do domu. temat pieska umiera śmiercią naturalną
piątek, 26 sierpnia 2011
niepolityczne metody wychowawcze
jak ogólnie wiadomo lubimy wpadać ze skrajności w skrajność. kiedyś w szkołach lano nas po łapach linijkami po legalu, a teraz za klapsa można pójść siedzieć. moje dzieci są mocno uświadomione w tej kwestii. w szkołach i przedszkolu wychowawcy informują, że jeśli mama albo tata albo ktokolwiek inny cie uderzy, to możesz zadzwonić na 112 i zgłosić. ja naprawdę wszystko rozumiem, ale momentami durnoctwo nie zna granic kiedyś Micho przyszedł ze szkoły i oznajmił Michalinie Micho: jeśli mama nas uderzy, to zadzwonimy na policję ja: (układałam akurat ciuchy w szafie) super! (zareagowałam zadowolona) dzwońcie. przyjedzie policja, mamie kajdanki, a wy zostajecie same dzieci: (oczy wielkie, jak to?) ja: tak, tak. mama pójdzie do więzienia i wreszcie sobie wypocznie. a te łachy będziecie sobie same prać, prasować i układać w szafeczkach Micho: (niepewnie, z nadzieją) a może policja... tylko mandat ci da... ja: wtedy zapomnij o wyjściach na basen czy do kina. kasa pójdzie na mandat temat sie skończył, nie było co prawda międzyczasie żadnego lania ale na policję w razie wu odechciało im sie dzwonić teraz mają nową opiekunkę. ciocia Halinka jest naprawdę kochana, gotuje im pyszne obiady, dopilnowuje, szafa gra. z posłuchem jest jednak gorzej. ciocia prosi, żeby Micho mokre skarpetki po zabawie w ogrodzie do pralni zniósł, słyszy 'później' czyli nigdy. Michalina ma sandały z góry do przedsionka znieść - 'później' czyli wcale. i tak uzbierał się wór 'później, potem, zaraz' itp. w końcu wczoraj spisałam zasadę, bo ileż można gadać ciocia zawsze prosi raz, a potem, jeśli zadanie niewykonane w notatniku pisze imię i kreseczkę. ile kreseczek, tyle pasów na tyłek jak mama wróci z pracy zasada zawisła na lodówce wczoraj wieczorem. przy kolacji była mocno komentowana. Michalina czytała ją z 50 razy, miałam ubaw bo bez mlecznych jedynek wygląda teraz naprawdę rozkosznie, a jej zainteresowanie zasadą rozbawiało mnie do łez. zachowywałam jednak należytą powagę. w końcu zjadły kolację i wyszły z kuchni. Michalina wraca po chwili Michalina: (rozbrajająco, poważnie i merytorycznie) mamo, a jeśli uzbieram na przykład pięć kreseczek jednego dnia to czy mogę zamienić pięć razy pasem na raz kablem? dla nadgorliwych zaznaczam, że nigdy nie biłam dzieci kablem! opowiadałam im tylko, ze sama raz kiedyś przez dupę od mamy kablem dostałam za powrót do domu o godz. 24 w wieku lat 13, bo bawiłam się w piwnicy w najlepsze, a już prawie policja zaczęła mnie szukać ;) |
O autorze
Tagi
| ||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||