|
czwartek, 03 maja 2012
magiczne drzewo na świerczewie
pewnego dnia, wracając z okolicznego sklepiku próbowałam zamknąć za sobą furtkę, ale utrudniały mi to groszaki, które niosłam w rękach. wrzuciłam je więc pod pierwsze z brzegu drzewo z myślą, że jak będę znowu po coś szła, to je wyciągnę. długo nie czekałam, Michalina chciała iść po loda przy furtce schylam się pod drzewo ja: zobaczymy, czy moje magiczne drzewo urodziło znowu jakieś pieniądze Michalina: (oczy wielkie) ja: (wyciągam spod drzewa 7 zeta, które tam wrzuciłam) Michalina: pieniądze...? tutaj...? ja: (konspiracyjnie) tylko sza. to jest magiczne drzewo. codziennie rano znajduję tu pieniądze Michalina: i tak zarabiasz?? ja: no... można powiedzieć... częściowo Michalina: ale jak to jest możliwe? ja: no tłumaczę ci, że to jest magiczne drzewo Michalina: (bardzo zadowolona) a ja mogę sobie na lody stąd brać? ja: zawsze rano ja kasę wyjmuję. ale jeśli w ciągu dnia urodzi się następna, to możesz na naszym ogrodzie pełno jest ciągle okolicznych dzieciaków. aby uwiarygodnić temat zasiliłam kasą wskazane miejsce i w obecność całego tłumu maluchów krzyczę ja: Michalina, sprawdź czy jest kasa pod drzewem! Michalina: (wraz z całym tłumem biegnie) jest! dwa złote! w tłumie zapanował szał. jak to? magiczne drzewo? Michał, stary wyga, od razu skumał baze ;) i postanowił na drzewie naprawde zarobić Michał: mamo, daj mi zeta ja: po co ci? Michał: no wiesz, nie udawaj. pod magiczne drzewo ja: (sikam ze śmiechu i daje zeta) Michał: Michalinaaaaa! znowu jest!! złotówka!! lecą wszyscy. no jest zet. jak byk Michał: ktoś chce sadzonkę? no żeby :) wszyscy chcą Michał: to ty (wskazuje na jednego z sąsiadów) dasz mi ten patyk-młot za sadzonkę, ok? kolega się zgadza. Michał wyciąga z woreczka uprzednio przygotowane nasiona (z gniazda nasiennego jabłka ;) i wydziela koledze jedną sztukę a teraz lece pod drzewo, zasilić bo zaraz Michalina pobiegnie sprawdzić ile drzewo w nocy nam urodziło :D
poniedziałek, 30 kwietnia 2012
woda toaletowa
Michalina dostała od wróżki zębuszki perfumy Michalina: Michał, ty nie możesz używać moich perfum Michał: (bierze do rąk perfumy) to jest woda toaletowa Michalina: dureń Michał: cie robił (to jest teraz chodzący tekst...) Michalina: (wrzeszczy) mamo!!!! ja: co jest? Michalina: mamo, a Michał mówi że moje perfumy to woda z kibla!
niedziela, 29 kwietnia 2012
zaczyna się
Michalina: mamo, wiesz który to jest ten Mikołaj z mojej klasy? ja: nie Michalina: mamo, no wiesz, ten Mikołaj ja: nie wiem Michalina: nieważne. mamo, on jest bardzo fajny ja: to super Michalina: mamo, ja go bardzo lubię ja: to dobrze Michalina: on mnie też! ja: świetnie się składa. ty go lubisz i on cie lubi Michalina: mamo, musze ci cos powiedzieć, ale na ucho ja: tak? Michalina: mamo... ja: no? Michalina: mamo, on jest chyba moim chłopakiem... ja: (???) Michalina: i jeszcze coś mamo... ja: tak? Michalina: ja bym chciała z nim mieszkać... ja: (nieeeeeeee) Michalina: mogę mamo?? ja: oczywiście Michalina: kiedy? już możemy? ja: jak tylko zaczniesz zarabiać swoje pieniądze to możesz mieszkać z Mikołajem Michalina: to super! (i leci do swojego tornistra, wyciąga coś) mamo zobacz... to jest rysunek Mikołaja... (rozmydlona) pięknie rysuje, nie? ja chyba zwariuję i na łeb dostanę...
środa, 21 marca 2012
dowody zbrodni
na poznańskim świerczewie w weekend dzieciaki latały koło domu. mieszkamy w pobliżu tzw. szacht. dzieciaki mogą latać 'do pierwszej górki'. potem jest druga górka, a potem stawy prasuję sobie spokojnie jako przykładowa weekendowa kura domowa. nagle wpada Micho Micho: mamo! mamo! chodź szybko! ja: co sie stało?? Micho: mamo! znaleźliśmy torebke! i leki! i bielizne! i portfel! ja: gdzie znaleźliście? Micho: na szachtach. chodź szybko! lecimy na szachty. za górką leży czarna torebka, jakieś leki, stanik, majtki i portfel. dzwonię na policję. pani każe mi otworzyć portfel i poszukać dowodu osobistego. już oczami wyobraźni widzę moje odciski palców stwierdzone na portfelu. wewnątrz nie ma dowodu. jest imienne zaświadczenie z urzędu pracy. zdjęcia. rybie łuski i guzik... pani: proszę ten portfel odwieźć na najbliższą komendę policji ja: słucham? nigdzie nie jadę. zgłaszam znalezisko jako porządny obywatel. odkładam portfel na miejsce i idę do domu po chwili telefon pani: proszę zabezpieczyć miejsce i przedmioty do czasu przyjazdu policji zabezpieczam tj łażę sobie dookoła. Micho poleciał na uliczkę, żeby poczekać tam na policję i doprowadzić ich na miejsce zdarzenia Michalina ogląda z zaciekawieniem przedmioty Michalina: mamo... chodź popatrzymy w krzakach tutaj... ja: po co? Michalina: przecież gdzieś musi być CIAŁO!
wtorek, 13 marca 2012
marzną rączki
sprzedaż jak sprzedaż. trzeba na bieżąco monitorować. jedna z butelek zaplanowana na miliony, schodzi słabeńko. marne kilkaset tysięcy. dzwonie do klienta A. nie należy do moich ulubionych. napisał nawet na mnie paszkwila do szefostwa :/ bo 'nie odbieram jego telefonów'. czyli nieprofesjonalna jestem. nic, że rozmawiam z nim 3 x dziennie. jesli nie odbiorę czwartego telefonu - od razu skarga. nie lubię dziada, ale oczywiście służbowo utrzymuję z nim poprawne stosunki dzwonię więc do klienta A w sprawie butelki B ja: no witam panie Piotrze, (i od razu przechodze do tematu, bo nie chce mi sie wymieniać grzeczności) co tam z butelką B? naplanowaliśmy, a idzie cieniutko klient A: pani aniu, ano cieniutko. prosze jednak zwrócic uwagę na warunki pogodowe. zimno jest... ja: no zimno klient A: jak pani się pewnie orientuje w butelkę B lany jest pewien alkoholowy płyn ja: zgadza się klient A: płyn ten jest niewiele droższy od butelki... najdroższy to chyba jest kapsel... ja: no... klient A: otóż, pani aniu, ów płyn z owej butelki spożywany jest głównie w krzakach ja: (mając świadomość funkcji fatycznej) mhm klient A: w lutym jest zimno. spożycie tego płynu w krzakach z butelki nie jest najmilsze. z prostego powodu. MARZNĄ RĄCZKI ale zapewniam panią, od przyszłego weekendu spożycie jaboli w krzakach dramatycznie wzrośnie. prosze sie nie martwić o sprzedaż. na tę grupę docelową możemy zawsze liczyć!
wtorek, 14 lutego 2012
rozmowa telefoniczna
dzwoni telefon stacjonarny. odbiera Michalina (lat 7) jakaś babka: jest mama? Michalina: nie ma. w pracy jakaś babka: a tata? Michalina: rozwiódł się z mamą i wyprowadził. nie ma
piątek, 06 stycznia 2012
dzieci gadają
rzucam Bamberce kawałek surowego mięsa, bo uwielbia Micho: mamo, nie dawaj jej surowego mięsa! ja: dlaczego? Micho: bo można się zarazić groźną chorobą! ja: tak? jaką? Micho: no w mięśniach robaki można mieć... to jest ta... no... włoszczyzna! ... Micho: mamo, co jesz? dziwnie pachnie ja: kindziuk Micho: mogę spróbować? ja: (przeżuwając) z pieprzem Michalina: dlaczego każesz Michałowi spieprzać? Micho: no właśnie? ja tylko chciałem spróbować
piątek, 09 grudnia 2011
pedagogiczno-psychologicznie cd
aby zakończyć temat testów w poniżej nocie rzeczonej poradni, Micho pojechał raz jeszcze. wyszedł i szybko szybko do szkoły. na pytanie: co tam było? odpowiedział: a nic, jakieś rysunki tylko wracając z pracy zawsze dzwonię do domu i gadam z Michałem. w tymże dniu zrobiłam to samo ja: Micho, a co na tych testach było? Micho: (ożywia się) mamo wiesz, musiałem narysować swoją rodzinę ja: i kogo narysowałeś? Micho: ciebie, Michalinę i siebie ja: to super. coś jeszcze? Micho: no, musiałem narysowac naszą rodzinę jako zwierzęta. narysowałem nas wszystkich jako koty ja: to dobrze Micho: (podniecony) mamo! ale najlepsze było drzewo! na drzewie, pod drzewem, dookoła drzewa i wszędzie no wiesz, były takie postacie narysowane. jakby gąbkowe wiesz? ja: no wiem Micho: jedne były uśmiechnięte, inne smutne, inne płakały. i miałem zaznaczyć moją rodzinę ja: i co zaznaczyłeś? Micho: ty byłaś nad drzewem, usmiechnięta. Michalina była na drzewie i wychylała się tak mocno, ratowała tatę który spadał z drzewa ja: (???) Micho: no wiesz, była postać która spadała. zaznaczyłem, że to tata ja: (no super myślę sobie) a ty? jaką postać zaznaczyłeś, która symbolizowała ciebie? Micho: pod drzewem, w kąciku była postać która bardzo płakała. taka malutka. zaznaczyłem, że to ja ja: (no zajebiście!) Micho, a czemu tak zaznaczyłeś?? Micho: (zadowolony) bo ta postać mi się najbardziej podobała. była najładniej narysowana. miała takie fajne łzy! jak mnie zamkną to podam adres pierdla
sobota, 03 grudnia 2011
pedagogiczno-psychologicznie
taaa w związku z Micha wyczynami w szkole we wrześniu - odurniające hormony zaczęły pracować - szkolna pani psycholog zaproponowała wizytę w rejonowej poradni psychologiczno-pedagogicznej. wyczyny? pani z muzyki kazała ozdobić rysunkiem pierwszą stronę zeszytu. Micho napisał kredkami 'muzyka', pani uznała że trzeba jeszcze zrobić 'ozdoby'. Micho uznał, że nie trzeba. pani narysowała mu różowym długopisem kwiatki. Micho widząc różowe kwiatki w swoim zeszycie - wyrwał kartkę. wylądował na dywaniku pani psycholog. plus parę innych podobnych numerów. poszliśmy więc do poradni. Micho był negatywnie nastawiony, wiedział że wizyta ma związek z jego zachowaniem w szkole. na miejscu odmówił współpracy z panią psycholog, zrobił małą szopkę. pani psycholog umówiła kolejny termin. przeprowadziłam umoralniającą gadkę z Michem, następnym razem poszedł i grzecznie wypełnił wszystkie polecenia. potem ja miałam termin, na 'wywiad'. tymczasem zachowanie Micha w szkole, po wrześniowych jazdach, wróciło do normy pani psycholog: kiedy ostatni raz rozmawiała pani z wychowawczynią? ja: dzisiaj pani psycholog: być może inni nauczyciele nie przekazują informacji? ja: dziś rozmawiałam również z panią od polskiego, przyrody, angielskiego i plastyki pani psycholog: i...? ja: to samo. na lekcjach jest ok. oceny ok. zapomina czasem odrobić zadanie, bo nie zapisze. no i bardzo brzydko pisze pani psycholog: no właśnie! stąd na pewno problemy z ortografią, pamięcią wzrokową ja: (przerywam) z ortografii jest najlepszy w klasie pani psycholog: (niedobrze, miała już ułożoną teorię a ja bezczelnie burzę klocki) tak... a matematyka...? problemy z liczeniem? ja: jeśli ma to wyłącznie dlatego, że wszystko szybko. i robi durne błędy pani psycholog: (nie daje za wygraną) mimo wszystko chcemy Michałowi pomóc... jeśli okaże się, że testy pedagogiczne wyjdą niepokojąco... ja: moment. rozumiem, że w kwestii pedagogicznej martwić się mam zacząć dopiero w momencie kiedy moje dziecko zacznie mieć realne problemy z nauką w szkole? pani psycholog: tak tak, oczywiście. bo wie pani. trzeba zrobić wszystko, aby nic nie przeoczyć... ja: doskonale wiem. rozumiem, że po to tutaj przychodzimy aby nic nie przeoczyć...? pani psycholog: no wie pani... to jest placówka publiczna... my tutaj stawiamy WSTĘPNĄ diagnozę. rodzicom jednak zawsze zależy na jej potwierdzeniu... ja: ??? pani psycholog: (wyciąga komórę) podam pani numer do doktor iksińskiej. niesamowita terapeutka! warto skorzystać z jej wiedzy i doświadczenia. nawet prewencyjnie. na pewno nic nie przeoczy. podkreślam, to jest profesjonalistka. koszt wizyty też jest do przyjęcia (kuka na mnie. czy moje ciuchy z lumpeksu naprawdę aż tak dobrze się prezentują??) 170 zł za godzinną konsultację... ja: (gapię się na babę i zastanawiam po jaką cholerę w ogóle tam szłam) pani psycholog: dobro dziecka jest najważniejsze, prawda?
sobota, 26 listopada 2011
będąc młodym chirurgiem
pociąg relacji Warszawa-Poznań. siedzę w warsie, jak zawsze i pogryzam paluszki z sezamem. skubię je sobie całą drogę i czytam. dziś obok mnie 3 wolne miejsca facet ok 50: przepraszam, czy możemy się dosiąść? ja: proszę siada obok mnie, a naprzeciwko zasiadają: babka, też ok 50 i chłopak ok 30. zerkam ukradkiem na każdego z osobna, ale nie zauważam oznak które by mnie zainteresowały. wracam więc do lektury. mija z 20 minut. moi współsiedzący nagle zaczynają wyciągać jakieś zdjęcia. przestaję czytać i próbuję zorientować się co i jak. pan ok 50 pokazuje zdjęcia wnuków bliźniaków. pani ok 50 wyjmuje zdjęcie wnuczki. chłopak ok 30 wyciąga dwa zdjęcia. na jednym jest niemowlę a na drugim może dwulatek. pierdu pierdu o dzieciaczkach rozmawiają. już mam wrócić do czytania, ale pani ok 50 pyta chłopaka ok 30 pani ok 50: a ty dużo czasu spędzasz z dziećmi? przecież taki zajęty jesteś... chłopak ok 30: staram się czytać im zawsze po kilka minut. mam nadzieję, że niedługo same już będą czytały. ja czytałem sobie sam od trzeciego roku życia uuuuuuu myślę sobie pani ok 50: no, jeśli będą tak zdolne jak ty to na pewno szybko zaczną czytać ja czytać przestaję i słucham. dowiaduję się, że chłopak jest chirurgiem, właśnie zdał jakiś tam ważny egzamin. musiał uczyć się dziennie na pamięć 300 stron. mówi, że teraz jest w szczytowej formie umysłowej. facet ok 50 jest również chirurgiem. babeczka była kiedyś jego instrumentariuszką. znowu schodzi na tematy rodzinne chłopak: nie, ja z moją żoną to się ostatnio w ogóle nie dogaduję pan i pani dopytują dlaczego chłopak: ona to ma dopiero życie! po domu pochodzi, dzieci nakarmi, nic robić nie musi (ja uszom nie wierzę. chłopak jest święcie wierzy w to, co mówi) chłopak: (ciągnie) pracować nie musi. ma mnie (w duchu wybucham gromkim śmiechem. śmieję się oczywiście z głupoty mądrego młodego chirurga) chłopak: naprawdę mi jej szkoda. nie wie co ma. nie docenia (kurwa jasna, myślę sobie) chłopak: mówię jej, że inne kobiety muszą do pracy chodzić. a ona ma luksus. nie musi. ale ona swoje. nic nie rozumie po prostu pan i pani kiwaja ze zrozumieniem głowami. no nie mogę! chłopak: (tonem stuletniego mędrca) ale wiem, że zrozumie to po latach. zrozumie, że stworzyłem jej idealne warunki do życia a ona nie potrafiła ich docenić! ja: (no nie wytrzymałam! cały czas patrze w książkę i mówię głośno) ta jasne, zrozumie. w chwili gdy za 10 lat wymienisz kurę domową na lepszy model czuję, że cała trójka spogląda na mnie nagle w największym zdumieniu ja: coś sie stało? (pytam tak, jakbym w ogóle nic wcześniej nie powiedziała) chodzi o książkę? camilla lackberg. dobra. ale czytałam już lepsze |
O autorze
| |||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||